To megatsunami miało 500 metrów. Cudem uniknięto katastrofy
10 sierpnia 2025 roku, o świcie, fiordem Tracy Arm na Alasce przetoczyła się fala o wysokości prawie pół kilometra. Było to drugie największe tsunami w historii, a tylko łut szczęścia sprawił, że nie doszło do katastrofy. Historia ta dopiero wypłynęła na jaw teraz, po tym, jak dokładnie przestudiowali ją naukowcy i wyciągnęli wnioski.
481-metrowa fala, która mogła pochłonąć tysiące istnień ludzkich
O godzinie 5:26 czasu lokalnego ogromny klin skalny o objętości co najmniej 63,5 miliona metrów sześciennych oderwał się od górskiego zbocza nad fiordem Tracy Arm i runął w wody u czoła lodowca South Sawyer. Uderzenie wywołało falę o wysokości 100 metrów, która przemknęła przez wąski fiord z prędkością ponad 70 metrów na sekundę. Kiedy dotarła do przeciwległego brzegu, sięgnęła skał aż na poziomie 481 metrów nad poziomem morza.
To wynik, który plasuje zdarzenie na drugim miejscu w historii dokumentowanych obserwacji. Na pierwszym wciąż pozostaje tsunami z zatoki Lituya Bay, również na Alasce, gdzie w 1958 roku osunięcie skalne wywołane trzęsieniem ziemi o magnitudzie 7,8 wywindowało falę na 524 metry. Choć zginęło wtedy 5 osób, to Lituya Bay jest jednak dość odludna. Natomiast Tracy Arm to jeden z popularniejszych celów rejsów po Alasce. Latem płynie tamtędy ponad 20 statków dziennie, w tym do sześciu ogromnych wycieczkowych z nawet 6000 pasażerów na pokładzie. Gdyby osunięcie nastąpiło kilka godzin później, mogło dojść do gigantycznej katastrofy.
Zespół badaczy pod kierownictwem Dana Shugara z Uniwersytetu Calgary, we współpracy z Aramem Fathianem z tej samej uczelni i dziesiątkami specjalistów z całego świata, opublikował w maju 2026 roku w czasopiśmie "Science" szczegółową rekonstrukcję zdarzenia. Wskazali oni jednoznacznie na winowajcę: cofający się lodowiec South Sawyer. Przez dekady masa lodu dociskała zbocze i nie pozwalała mu runąć. Gdy temperatura latem 2025 r. w tym regionie wzrosła o 1,1 stopnia Celsjusza od początku ery przemysłowej, lodowiec zaczął się cofać i ścienić. W samych tylko latach 2013-2022 lód przy miejscu przyszłego osunięcia stał się 100 do 130 metrów cieńszy. W lipcu 2025 roku cofnięcie lodowca odsłoniło podstawę zbocza. Kilka tygodni później zbocze runęło.
Szczęśliwie obyło się bez strat w ludziach. Kilkudziesięciu kajakarzy obozujących 55 kilometrów od epicentrum obudziło się po 20 minutach z wodą przepływającą przez namiot. Statek M/V David B zakotwiczony 85 kilometrów od miejsca zdarzenia uniósł się nagle o 3 metry pomimo odpływu. Mógłby to być jeden z największych wypadków morskich w historii Alaski.
Co warto tu podkreślić - skała wykazywała oznaki nadchodzącej katastrofy już jakiś czas przed incydentem. Regionalne sejsmometry zarejestrowały mikrotrzęsienia ziemi wewnątrz masy skalnej już od 5 sierpnia, czyli pięć dni przed zdarzeniem. 9 sierpnia powtarzały się mniej więcej raz na godzinę. W ciągu ostatnich 6 godzin przed katastrofą odstęp między nimi skrócił się do 30-60 sekund. Około godziny przed osunięciem sygnał przeszedł w ciągły pomruk. Samo osunięcie wywołało fale sejsmiczne odpowiadające trzęsieniu ziemi o magnitudzie 5,4 i wzbudziło specyficzne falowanie wody w fiordzie trwające 36 godzin, zarejestrowane przez stacje sejsmiczne na całym świecie. Tego rodzaju długotrwałe "dzwonienie" fiordu okazało się unikatowym sygnałem, który naukowcy określają jako "wizytówkę" konkretnego zbiornika wodnego, wykrywalną nawet bez lokalnych pływomierzy.
Najważniejszy wniosek z badania Shugara i zespołu dotyczy możliwości wczesnego ostrzegania. Sekwencja mikrotrzęsień narastająca przez kilka dni, wykrywalna automatycznie przez sieci sejsmometryczne, mogłaby w przyszłości uruchomić alarm z wyprzedzeniem liczonym w godzinach. Podobne warunki geologiczne i klimatyczne istnieją w Kanadzie, Nowej Zelandii, Grenlandii i Norwegii. Tracy Arm nie figurowało na żadnej mapie zagrożeń. Teraz jednak właśnie się tam znalazło, a dane zebrane po tym zdarzeniu mogą sprawić, że następnym razem ktoś zdąży ostrzec przed tragedią.