Chiny postawiły na elektryki i mają problem. Potrzebny podatek

Chiny stały się dla reszty świata wzorem w zakresie elektryfikacji motoryzacji. Gdy Europa czy USA mają wielkie problemy z przekonaniem ludzi do elektryków, na szosy Państw Środka trafiają kolejne miliony takich maszyn. I okazuje się, że jest to problem. 

Maciej Sikorski
0
Udostępnij na fb
Udostępnij na X
Chiny postawiły na elektryki i mają problem. Potrzebny podatek

Jeszcze całkiem niedawno mogło się wydawać, że dni spalinowej motoryzacji są policzone – wszyscy lub prawie wszyscy mieli się przesiąść na elektryki, bo tak będzie lepiej dla planety. Dzisiaj staje się jasne, że ta rewolucja musi trochę poczekać – Europejczycy i Amerykanie wciąż głosują portfelami na pojazdy zasilane paliwami kopalnymi (osobną kwestią jest to, skąd pochodzi energia zasilająca pojazdy elektryczne). 

Dalsza część tekstu pod wideo

Chiny postawiły na elektryczną motoryzację

W Chinach sprawy mają się inaczej – tam większość aut trafiających na rynek to elektryki lub chociaż hybrydy. Drugi najludniejszy kraj świata podszedł do tematu poważnie. Z jednej strony ma to być sposób na wywołanie wstrząsu na globalnym rynku motoryzacyjnym, wywrócenie stolika i ustawienie gry pod siebie. Z drugiej strony Chiny uciekają od niedoboru: ten kraj importuje paliwa dla tzw. tradycyjnej motoryzacji. Elektryfikacja to po prostu sposób na uniezależnienie się od dostaw paliw i np. kryzysów na Bliskim Wschodzie. 

Efekt jest taki, że tylko w 2025 roku w Państwie Środka sprzedano niemal 13 mln samochodów elektrycznych (w tym hybrydowych). Sukces. Jednak dziennik "South China Morning Post" informuje o dziurze budżetowej wywołanej przez ten boom. Otóż kierowcy elektryków są zwolnieni z podatków, z których finansowane są naprawy dróg. A to oznacza, że w sakiewce przeznaczonej na remonty pojawia się coraz mniej środków. Tymczasem…

Elektryk jest ciężki. To kiepska wiadomość dla drogowców 

Samochody elektryczne są bardziej przyjazne środowisku, przynajmniej w teorii, ale dla dróg stanowią większe obciążenie. Dosłownie. Sam silnik elektryczny waży mniej od spalinowego. Ale zasila go akumulator o masie kilkuset kilogramów (w jednych modelach to 300 kg, w innych 900 kg). Ten dodatkowy ciężar wymaga wzmocnienia konstrukcji. Samochody elektryczne są o 20-30 proc. cięższe od tych z silnikami spalinowymi. 

Niższa jakość i wyższe podatki

Łatwo się domyślić, jakie są skutki tego dociążenia: nawierzchnia dróg szybciej ulega zniszczeniu. W tym miejscu można zadać pytanie o ślad węglowy napraw i ponownie zastanowić się, czy elektryki rzeczywiście są lepsze dla planety. Zostawmy to jednak i przyjrzyjmy się możliwym rozwiązaniom. Pierwszym jest odchudzenie elektryków. To może zwiększyć awaryjność i bezpieczeństwo – przecież z samochodów nie będą usuwane komponenty, które są niepotrzebne. 

Druga opcja może się w jeszcze mniejszym stopniu spodobać kierowcom/właścicielom aut – państwo po prostu obłoży podatkiem elektryki. I tu ciekawostka, bo nowy mechanizm może uzależnić wysokość daniny od liczby przejechanych kilometrów. Jak ją określić? W prosty sposób, wykorzystując nawigację satelitarną. Testy tego rozwiązania już trwają, za kilka kwartałów może się ono stać powszechne. Zapewne miny zrzedną wielu osobom, które kupiły elektryka, bo to tańsze rozwwiązanie…

Co na to Europa?

Dla nas nie powinna to być jedynie ciekawostka, ale lekcja. Warto wyciągnąć z niej wnioski i poszerzyć dyskusję o rozwoju motoryzacji z uwzględnieniem chińskich eksperymentów. Chociaż bardziej prawdopodobny wydaje się scenariusz, w którym europejskich decydentów ten wątek zaskoczy za kilka-kilkanaście lat.