Unia ukróci zakupy w Chinach? Nowe cło można łatwo ominąć
1 lipca w życie wejdą przepisy, które mogą uderzyć po kieszeni klientów chińskich platform e-commerce. Niewielkie przesyłki zostaną objęte cłem wynoszącym 3 euro. Ten ruch miał ochronić europejskie firmy. Może się jednak okazać, że prawo będzie martwe już w chwili debiutu.
W ostatnich miesiącach można było wielokrotnie trafić w mediach na teksty przekonujące, że nadciąga koniec tanich zakupów internetowych w Azji, głównie w Chinach. A wszystko za sprawą unijnych urzędników, którzy w końcu ukrócili praktyki uderzające w przedsiębiorstwa zarejestrowane w krajach Wspólnoty. Wiele wskazuje jednak na to, że rzeczywistość zaskoczy autorów nowych przepisów niczym zima drogowców.
Paczki z Chin płyną do Europy szerokim strumieniem
Europejczycy na potęgę kupują towary w Chinach, wykorzystują do tego platformy Temu, Shein czy Aliexpress. Przesyłki trafiające na Stary Kontynent liczone są już nie w milionach, ale miliardach sztuk rocznie. Polska nie jest tu wyjątkiem, rzesze rodaków zamawiają w dalekiej Azji przeróżne produkty: od ubrań i kosmetyków, przez elektronikę i zabawki, po części samochodowe i wyposażenie wnętrz. Dlaczego? Odpowiedzi znajdziemy przynajmniej kilka, ale najważniejsza brzmi następująco: bo jest tanio.
Unijny rynek zalewany jest rosnącą falą produktów, nierzadko wątpliwej jakości, a nawet o wysokim poziomie szkodliwości. A skoro ktoś kupuje u Chińczyków, to rezygnuje z zakupów u lokalnych sprzedawców. Firmy mają kłopot. Podobnie jest z fiskusem, cierpią państwowe kasy. Na dłuższą metę to prosty sposób na dalsze uzależnianie się od Państwa Środka. W tym miejscu warto dodać, że to ostatnie używa rożnych narzędzi, by owe produkty były tańsze i przyciągały europejskich klientów.
Terapia celna okaże się nieskuteczna?
Jak temu przeciwdziałać? Wymyślono następujący mechanizm: od 1 lipca 2026 roku do małych przesyłek będzie doliczane cło w wysokości 3 euro. Mała paczka oznacza w tym przypadku taką o wartości do 150 euro. Zakładany efekt? Spadnie liczba takich przesyłek, skorzysta unijny biznes, odciążone zostaną urzędy celne państw UE. Zamiast zamawiać koszulkę za 2 euro (i płacić 3 euro w ramach nowej opłaty), ktoś pójdzie do lokalnego sklepu. Tyle teoria.
Niestety, z praktyką może być mniej kolorowo. Na sprawę uwagę kilka tygodni temu zwrócił m.in. Rafał Brzoska podczas konferencji wynikowej InPostu. Szef firmy logistycznej przekonywał wówczas, że stracono czas na lobbowanie rozwiązań, które nie mają sensu. Dlaczego? Bo pokaźna część przesyłek sprzedawanych za pośrednictwem chińskich platform trafia do konsumentów z magazynów zlokalizowanych w UE. Ewentualnie w państwach, z którymi Wspólnota ma umowy o wolnym handlu. Brzoska nie gryzł się w język i stwierdził wprost, że takie działania świadczą o nieznajomości realiów rynku.
Dopytywani o tę kwestię przedstawiciele biura prasowego firmy InPost nie pozostawili złudzeń:
Wiodące azjatyckie platformy handlowe już dziś aktywnie budują lokalne zaplecze logistyczne w Polsce i całej Europie – inwestując w magazyny, rozwijając usługi fulfillmentu i realizując wysyłki bezpośrednio z lokalnych centrów dystrybucji. Nowe regulacje nie są więc czynnikiem eliminującym aktywność azjatyckich graczy, a jedynie skłaniającym ich do dalszego zakorzeniania się w europejskiej infrastrukturze logistycznej
Nowe cła nie są problemem dla InPostu
Czy majstrowanie przy tych mechanizmach może wpłynąć na funkcjonowanie operatora Paczkomatów? Z uzyskanych przez nas informacji wynika, że… nieszczególnie. A jeśli już, może to być wpływ pozytywny.
Obecnie nie przewidujemy istotnego bezpośredniego wpływu na działalność operacyjną InPost. Pozycjonujemy się jako niezależna infrastruktura logistyczna wobec źródła pochodzenia przesyłek – obsługujemy zarówno lokalnych nadawców, jak i podmioty realizujące dostawy z europejskich magazynów. Rozwój sieci magazynów i centr dystrybucyjnych w Europie, prowadzony przez chińskie przedsiębiorstwa przekłada się na większą ilość paczek możliwych do obsługi przez firmy logistyczne działające w Europie. Naturalnie, stale przyglądamy się zmianom w przepisach i jesteśmy przygotowani na różne scenariusze
Chęci są dobre. Ale nowe cło nie wystarczy
No dobrze, Rafał Brzoska bagatelizuje wpływ nowych przepisów na biznes. Ale może inaczej patrzy na to handel? Z prośbą o komentarz udałem się do przedstawicieli rodzimego potentata e-commerce, czyli firmy Allegro. Ich zdaniem nowa opłata to krok we właściwym kierunku, bo:
Jeśli w zalewie tanich produktów, których taniość jest często wynikiem specjalnych państwowych subsydiów, doszczętnie utopimy rodzimych producentów, to obudzimy się w nowej niekontrolowanej zależności od dostawców spoza Europy. Zmiana w unijnym podejściu do importu z Chin oznacza więc z naszego punktu widzenia głównie częściowe wyrównanie szans między produktami importowanymi, a tymi produkowanymi lokalnie. Na koniec dnia sytuacja, w której przesyłka z Chin kosztuje mniej niż przesłanie czegokolwiek nawet z jednej dzielnicy Warszawy do drugiej, nie jest normalna
Można się zatem rozejść, bo znaleziono lekarstwo na unijne bolączki? Niekoniecznie. Marcin Gruszka zdaje sobie sprawę z tego, że wdrażane rozwiązanie nie jest pozbawione wad, azjatyccy gracze mogą się szybko dostosować do nowych realiów.
Opłata powinna być traktowana jako element szerszej reformy, a kluczowe pozostaje skuteczne egzekwowanie przepisów zarówno celnych, jak i tych dotyczących nadzoru rynku, czy bezpieczeństwa produktów. Pamiętajmy też, że planowana opłata niekoniecznie jest związana z wartością tego, co jest w danej paczce. Na pewno jest to dobry początek i krok w stronę ochrony europejskiej przedsiębiorczości. Ale to ciągle za mało, żeby konkurencja w handlu była w pełni uczciwa i oparta na dokładnie tych samych zasadach
Mniej pracy dla celników, czyli... więcej pracy dla celników
A jak do całej sprawy odnoszą się urzędnicy? Pytania przesłałem do Ministerstwa Finansów, którego przedstawiciele odesłali mnie do konkretnych zapisów nowego prawa. Stanowią one, że organy celne będą mogły przeprowadzić postępowanie, gdy pojawi się podejrzenie omijania przepisów. Dotyczy to także wykorzystywania wspomnianych magazynów na terenie UE.
Jeżeli analiza modelu transakcji będzie wskazywała, że doszło do sprzedaży na odległość, to towary będą podlegały cłu obowiązującemu na towary w przesyłkach o wartości do 150 euro
Innymi słowy: azjatyccy sprzedawcy mogą kombinować, ale finalnie i tak zderzą się z nową ścianą. Deklaracje te można jednak obarczyć pewną wątpliwością. Czy organy celne rzeczywiście będą się zajmować każdą paczką, która może w jakiś sposób łamać nowe prawo? Przecież te przepisy miały odciążyć urzędników, a nie zapewniać im żmudne zajęcie, ale w nowych okolicznościach. Przypomnę: tu chodzi o miliony przesyłek…
Na prawdziwe zmiany trzeba poczekać do 2028 roku
Pojawia się zatem pytanie: czy z zaistniałą sytuacją naprawdę niewiele da się zrobić? Okazuje się, że sprawa nie musi być przegrana, ale na ostateczne rozwiązanie problemu trzeba będzie trochę poczekać. Konkretnie do 1 lipca, ale nie 2026, ale 2028 roku.
Tego dnia planowane jest wdrożenie unijnego centrum danych celnych (UECDH). Do tej bazy danych będą przekazywane dane dotyczące towarów zakupionych przez konsumenta w UE, które zostały do niego wysłane. Nie będą już składane zgłoszenia celne, gdy towar dotrze do UE, a jedynie będą przekazywane kolejne dane, aż do zapłaty należności i zwolnienia towaru. Wówczas będą stosowane obowiązujące stawki zarówno z taryfy celnej jak i rozporządzeń wprowadzających cła antydumpingowe i wyrównawcze, mające zastosowanie do danego towaru
Unijnym, w tym polskim, sprzedawcom nie pozostaje zatem nic innego, jak czekać na wdrożenie wspomnianego rozwiązania. I liczyć na to, że najbliższa zmiana prawa rzeczywiście poprawi choć trochę sytuację na rynku. Intryguje przy tym pytanie o to, jak do nowej rzeczywistości dostosują się azjatyckie podmioty w 2028 roku?